FarGrzybCicPienGrab

Farciarz, grzybiarz,

cicerone, pieniacz,

grabarz!

(zamiast wstępu)

Miałem sporo szczęścia. Marzyłem o tzw. wysokiej literaturze, lecz studiowałem na politechnice i brałem się za branże mało szacowne, które dopiero potem nabierały znaczenia. Dobre koniunktury przychodziły same, a i tak nie od razu umiałem je dostrzec. Pojawiałem się na różnych działkach w dobrym momentach, gdy ogarniał je prąd wznoszący i zewsząd ciągnęło dobre towarzystwo. Te działki to Tygodnik Studencki „Politechnik”, „Fantastyka”, komiks. Na każdej z tych działek towarzyszyło mi kino – jako rozrywka, obiekt badań, ale też źródło inspiracji i wielu życiowych wtajemniczeń.

40 lat temu w PRL prasa studencka uchodziła za medium niepoważne i peryferyjne, ale im bliżej Sierpnia ’80 tym lepiej było widać, gdzie gromadzą się wolne umysły. Był stamtąd dobry widok na cuda studenckiej kultury. Teatry jak STU, Ósmego Dnia, łódzkie Siódemki, Pleonazmus, Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Kabarety jak Salon Niezależnych, bardowie jak Jacek Kaczmarski i Przemek Gintrowski. Aktywny ruch DKF czy buntownicze festiwale - świnoujskie Famy, festiwale teatru otwartego we Wrocławiu i studenckiego w Łodzi, festiwale studentów szkół artystycznych na Śląsku i Wybrzeżu. Obozy tygodnika „ITD” dla studenckich dziennikarzy w Soczewce. Tam uzupełniało się artystyczną edukację, zawierało pokoleniowe przyjaźnie i czerpało wiedzę o Polsce nieobecną w oficjalnych obiegach.

W stan wojenny wkroczyłem, jako 35-letni elekcyjny (solidarnościowy) naczelny „Politechnika”, z tomikiem młodokulturowych i filmowych felietonów „Bez dubbingu” oraz cienką para-orwellowską powieścią „Twarzą ku ziemi”. W jedną grudniową noc straciłem pismo, perspektywy i dużo kontaktów – jasne było, że na odrodzenie ruchu w poprzedniej formie władza nie pozwoli. Wyglądało to na totalny krach, a stałem na progu największej i najdłużej trwającej przygody życia. Nie tylko swojej.

*

Andrzej Wójcik i Tadek Markowski, założyciele „Fantastyki”, musieli mnie namawiać. Naczelny tygodnika miałby wziąć dział polski w miesięczniku? Co za upadek! Trochę znałem młodą fantastyczną prozę, bo drukowałem ją w „Razem” – żadnych sensacji. Wójcik, na którym wielu wiesza dziś psy, a który to wszystko rozkręcał, podrzucił mi kilkaset stron z antologii „Spotkania w przestworzach” zestawianych dla KAW. W październiku poszły wybrane stamtąd „Co większe muchy” Krzysztofa Lipki i „Zabawa w strzelanego” Andrzej Drzewińskiego. Do numeru listopadowego wziąłem „Zakład zamknięty” Andrzeja Ziemiańskiego, ale to jeszcze nie była „Bomba Heisenberga”. Opowiadania „Pi = 3,13” Andrzeja Zimniaka nie kupiłem, błędnie uznając tekst za beznamiętną fizyczno-chemiczną igraszkę ze stałymi matematycznymi i fizycznymi zmieniającymi wartość, a chodziło o metaforę świata, który trzeszczy w szwach.

Mój ówczesny świat też wyszedł z formy. „Politechnika” nie odwieszano. Fantaści, do których dotarłem (Snerg, Boruń, Sawaszkiewicz) nie mieli nowych tekstów, miniaturę Zajdla zdjęli ze strachu koledzy, bo Janusz przedrzeźniał stan wojenny. Druk gotowych socjologicznych powieści (Zajdla, Oramusa, Żwikiewicza) wydawał się zagrożony. Proza z poczty była niedobra, ale już w pierwszym numerze poszedł anons konkursu na opowiadanie. Bardzo dobry pomysł, choć nie mój, jak wiele innych, które realizowałem. AD 1982 wierzyłem w zawodowców, bo pierwsze teksty z konkursu traktowały o robotach, śrubkach, sprężynkach.

*

Dopiero po roku powiedziałem żonie, że chyba lubię to, co robię. Kończyliśmy z Rodkiem i Polchem pierwszego Funky’ego Kovala – nam się podobał, czytelnicy zaskoczyli pozytywnie dopiero od połowy.

Przedstawiłem w wywiadach dziesiątkę wydawców – opowiadali o stanie fantastyki i filozofii gatunku, ale znów to nie ja wymyśliłem ten cykl. Zacząłem od osób, które tworząc serie SF nadali gatunkowi kulturową rangę, Od Ewy Troszczyńskiej z Naszej Księgarni, potem był Lech Jęczmyk z Iskier i Czytelnika, Bronek Kledzik z Wydawnictwa Poznańskiego, Janina Zielonko z Iskier, Andrzej Wójcik z KAW, Katarzyna Krzemuska z Wydawnictwa Literackiego, Maria Przybyłowska z PIW, Adam Kaska z MON… Zbigniew Przyrowski, wielki promotor SF z „Młodego Technika” wystąpił na spotkaniu z „NF” w Mazowieckim Centrum Kultury dopiero w trzecim tysiącleciu.

Szybko zjawiły się następne literackie asy. Andrzej Zimniak, Marek Baraniecki, Emma Popik, Krzysiek Kochański, Jacek Piekara. W konkursowej poczcie czaił się Feliks W. Kres. W 1984 roku miał się odezwać Oramus i pojawić shorty Ziemkiewicza. Oramus, Baraniecki, Zimniak też byli z „Politechnika”, w tej samej paczce tkwił Mirek Kowalski, spiskował w Nowej, zatrudnił się w Iskrach (a w 1991 wypłynął jako wydawca AS-a). W 1986 w konkursie „Fantastyki” wybuchły gwiazdy Sapkowskiego i Huberatha, jesienią 1989 poczta przyniosła „Złotą Galerę” Dukaja.

Dużo dobrej fantastyki światowej ściągnął Rodek, później Jęczmyk, a już za wolności Dorota Malinowska. Pomagali im bądź kierowali działem zagranicznym Wiktor Malski, Darek Toruń, Sławek Kędzierski, Arek Nakoniecznik, Danusia Górska, Anna Dorota Kamińska, Paweł Ziemkiewicz.

Marcina Zwierzchowskiego, który dzisiaj kieruje działem przekładów, nie było wtedy na świecie.

*

Młodzi autorzy wyobrażają sobie kierownika działu prozy jako kapryśnego demiurga i przypisują mu władzę nadludzką. Takie to władanie jak meteorologa nad chmurami i piorunami. Poprawiałem teksty, kiedy musiałem, bo sekretarze redakcji gonili, ale szkodziłem im mniej niż parasole ulewie. Leszek Jęczmyk porównuje zajęcie redaktora do grzybiarza, człowiek bierze, co las daje i Boga chwali. Od historii dostałem rewolucyjny moment i trwającą dekady sytuację wielkiej przemiany; a od poprzedników, którzy przeorali ten las i wydeptali w nim redaktorskie ścieżki, zaczątek literackiego poruszenia. Także dzięki nim las dawał coraz lepsze rzeczy. Tysiąc nowych nazwisk, setki zachwycających opowiadań i kilka firmowych antologii pisma: „Trzecia brama” (1987), „Pożeracz szarości” (1991), „Co większe muchy” (1992), „Miłosne dotknięcie nowego wieku” (1998).

W 1982 roku miałem ambicje literackie, a nawet rozgrzebaną drugą powieść. Coraz lepsi autorzy szybko odebrali mi śmiałość robienia prozy, za to dali materiał i ochotę do pisania o innych. Od początku drukowałem recenzje, później większe szkice, także wstępy i noty do antologii. Wszystkim chciało się gadać o gatunku, więc trochę jeździłem po klubach, po konwentach. Stąd znajomości z fanami, którzy odwalali wspaniałą robotę. Między innym z Krzyśkiem Papierkowskim, Kozubskimi (Dziadkiem i Harcerzem), Januszem Monte który wystrugał nam w Staszowie i Połańcu cztery piękne festiwale (dni) fantastki, z Elą Gepfert i Piotrami – Cholewą i Rakiem, z Wojtkiem Sedeńko, z Kamilem Śmiałkowskim, który dwukrotnie zgromadził komiksiarzy na debaty w krakowskiej Rotundzie, z Maćkiem Witkowiakiem i wszystkimi działającymi przed nim i po nim w Poznaniu. Były z tego nowe znajomości, stosy notatek, a i szkice powstałe z prelekcji, zapisy wielkich dyskusji (także naszych redakcyjnych w Dzierżoniowie, Staszowie, w Polskim Radio, w firmie na Mokotowskiej, na Uniwersytecie Warszawskim)… Po pięciu latach miałem z tego pierwszą krytyczną książkę „Czas fantastyki”.

Po 21 latach drugą, „Małpy Pana Boga. Słowa”, a w 2013 roku jeszcze jedną – „Małpy-Obrazy”. Nazywałem tam tak, jak szły u nas po sobie – fantastykę socjologiczną (polityczną), fantastykę w stylu punk, oniryczną, holistyczną, religijną, bliskiego zasięgu czy wręcz fantastykę rzeczywistości, fantastykę artystyczną, postmodernistyczną, historie alternatywne… Ważna sprawa – ani jednego z opisanych zjawisk nie narzuciłem autorom. Przełomowe teksty same pchały mi się w ręce. Przemianę zwiastowały też nieudane, ale namiętne opowiadania, które musiałem odrzucić. Ale de facto nie wykreowałem żadnej nowości czy przełomu. Nie podyktowałem „Karlgoro godzina 18.00” Baranieckiemu, „Wiedźmina” Sapkowskiemu, „Jeruzalem” Cyranowi, „Kary większej” Huberathowi, „Melomanów” Górskiemu, „Opuścić Los Raques” Żerdzińskiemu, „Noteki 2015” Lewandowskiemu, „Zapachu szkła” Ziemiańskiemu, „Popiela Armeńczyka” Orbitowskiemu… Chociaż, chciałbym, żeby tak było.

Gorzej. Dałem zrazu dowód głuchoty na postmodernistyczne igraszki, zmieniając Sapkowskiemu w „Kwestii ceny” słowo „inteligencja” na staromodną „mądrość” oraz „arogancję” na bardziej stylową „pychę”. Do dziś Andrzej skarży się na to przed międzynarodową publicznością we wstępie do zbioru „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Tyle dobrze, że nie zbłaźniłem się jak inni puryści, robiący AS-owi awantury o Renfri i jej batystowe majtki.

*

Ewoluowały w tym czasie moje wyobrażenia o istocie gatunku. Pisząc z Oramusem w połowie lat 70. petycje do władz o papier na fantastyczną wkładkę do „Politechnika”, wybijaliśmy cywilizacyjne, naukowe funkcje science fiction. Minęło pięć lat i radośnie odkrywaliśmy jej zadania socjalne i polityczne. Długo patrzyłem na fantastykę przez pryzmat trzech odmian (fantasy, SF, horror), by odkryć przy „Gwiezdnych wojnach”, że istnieją dobre artystycznie formy zmącone (łączone).

Lokowało się też fantastykę w rejonach baśniowego marzenia, rewindykacji moralnej. Opóźniona recepcja Tolkiena, inwazja polskiej fantasy i klerykal-ficion kazała myśleć o funkcjach mitologicznych i religijnych gatunku. Po lekturze Campbella i krytycznych tekstów polonistów i anglistów, którzy (np. w osobie Grażyny Lasoń, Kasi Kaczor, czy Dominiki Materskiej) wtargnęli na działkę prostodusznych fanów, zaczęliśmy ekstrahować z fabuł fantastyki odwieczne struktury o wybrańcach, przeznaczeniu, misji. Pomny lekcji SF socjologicznej, prosiłem zawsze autorów o świadectwa doświadczeń pokoleniowych i indywidualnych. Później, po sporze z psychologami na UW definiowałem fantastykę, jako „język pierwszy”, bo spostrzegłem, że istnieje silna więź między bajkami z dzieciństwa, opowieściami o mechanicznych jeżach, nakręcanych słowikach i drewnianym Pinokio, a zbuntowanymi robotami czy obcymi z kosmosu. Z kolei komputery, Sieć, i ich wizja w twórczości Gibsona i Sterlinga, znów pokazywały fantastykę, jako godną uwagi projektantkę nowych światów. Natomiast refleksja nad dziełami wyobraźni w różnych czasach, pozwoliła doszukiwać się źródeł fantazji także we śnie, narkotykowym odurzeniu, defekcie, chorobie.

Podobne przemyślenia i idące za nimi redaktorskie wymagania, musiały onieśmielać młodych i niecierpliwych kandydatów na autorów, którzy chcieli pisać proste wartkie opowieści. Nazywany byłem więc szkodnikiem polskiej science fiction. Po opublikowaniu komiksu o Wiedźminie, okazałem się też, w opinii konkurentów, grabarzem polskiego komiksu. Mój spór z Klubem Tfórców, wielkie zmaganie fantastyki rozrywkowej z problemową trwał nie mniej niż dwie dekady. W jego apogeum, w roku warszawskiego Polconu (1999) wdałem się ostrą kłótnię z organizatorami w obronie moich autorów, którzy nie dostali Zajdla. Oberwałem za to od Śląskiego Klubu Fantastyki, kibicującego innym autorom, antynagrodą Złotego Meteora. Szczęśliwie później zrezygnowano z przyznawania tego dwuznacznego wyróżnienie, nowe władze klubu uznały, że przynosi więcej złego niż dobrego. Też tak uważam.

Po latach się okazało, że zamiast gruzów i resentymentów, zostało z owych kłótni trochę publicystycznego kurzu, wiele nostalgicznych wspomnień i mnóstwo dobrych tekstów, które godzą sprzeczne postulaty. Natomiast nieliczne konflikty, urazy, które przetrwały, mają przede wszystkim charakter ambicjonalny, personalny.

Styczeń 2013

Szkicem „Farciarz, grzybiarz, cicerone ….” żegnałem czytelników „Nowej Fantastyki”, przechodząc na emeryturę i przekazując dział polskiej prozy Michałowi Cetnarowskiemu. Szczęśliwie , zwolnione moce przerobowe pozwoliły mi w następnych miesiącach i latach bardzo się uaktywnić w roli felietonisty pisma.

W rubryce pod nagłówkiem „Ojciec Redaktor”, sumowałem czterdziestoletnie redaktorskie i autorskie doświadczenia, referowałem różne ciekawe wydarzenia z perspektywy człowieka, która poznał już puenty. To znaczy ma takie wrażenie. Powstało najpierw coś w rodzaju mapy, siatki czy układu problemów, której pola udało mi się w ciągu czterech lat praktycznie wypełnić. Tematy czekały w zaczętych a porzuconych na lata szkicach („Język pierwszy”, „Cenzor, twój brat”, „Kolejne piwo dla szczeniaka w kojcu”, „Fantastyka alternatywna i jej wrogowie”), jak i w konwentowych zamówieniach fanów („Czytać czy pisać”, „Sztafety”, „Fantastyka przed >>Fantastyką<<”, „Niesamowity Dick”).

Ponadto po wieloletnich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć aktualną do dziś rozmowę o antropologii kina z profesorem Aleksandrem Jackiewiczem dla „Politechnika”’ z 1976 roku, a młodzi koledzy z „Frondy” cudem wycisnęli ze mnie długi wywiad o transhumanizmie. Z doktorem Tomaszem Gnatem z Uniwersytetu Śląskiego nie było żadnych kłopotów - napisał praktycznie od ręki odpowiedzi na pytania do dyskusji o grach, które z Waldkiem Miaśkiewiczem i Kamilem Strzeszewski wymyślaliśmy przez cale wakacje 2014. Z kolei nasza rozmowa z Grześkiem Januszem, scenarzystą komiksów, jedna z dłuższych w tej książce, zaczęła się od krótkiego spotkania - potrzebowałem paru jego osobistych zdań do katalogu grafik Krzyśka Gawronkiewicza, ale obaj mocno popłynęliśmy w dygresje i wspomnienia.

Felieton „Przemoc i Moc” powstał na zamówienie Narodowego Centrum Kultury do specjalnej wkładki „NF” na XXX-lecie stanu wojennego. „Kukułkę na koniu trojańskim”, fantastyczną egzegezę teorii spiskowych, zamówiła redakcja „Czasu Kultury”, którą wobec mnie reprezentował Wojciech Hamerski, doktor polonistyki, wychowanek profesora Antoniego Smuszkiewicza. Dyskusję o „Piórach. Sekretnej historii literatury polskiej” Zbyszka Wojnarowskiego zrobiliśmy korespondencyjnie (Michał Cetnarowski, Piotr Górski, Paweł Majka i ja), ale sprawiedliwiej, niż w przypadku dr Gnata rozdzielając robotę.

Niektóre z tekstów, to nie tyle recenzje, co reakcja na konkretne książki – znaczące, dyskusyjne, otwierające nowe horyzonty. Dlatego czytelnik znajdzie tu omówienie „Zagłady i gwiazd” Agnieszki Gajewskiej, która odkryła we Lwowie nieznane fakty z wojennej biografii Lema pod sowiecką i niemiecką okupacją. Ale też krytyczną refleksję nt korespondencji Tolkiena, ponadto analizę języka naszej nowej filmowej krytyki czy wyciąg z pracy traktującej Dicka, jako obiekt badań para-psychiatrycznych, i wreszcie prezentację najnowszej antologii Wojtka Sedeńko „Przedmurze”. Ze swojej poprzedniej książki, „Małpy Pana Boga. Słowa”, powtarzam tu tylko jeden tekst - „Fantazje z płonącej sterówki”, bo na temat wpływu usterek mózgu na nasze wyobrażenia i sny, nie mam niestety nowej wiedzy. Tylko zdjęcia mojej autystycznej wnuczki Hani, są nowsze, a Parowszczanka na nich trochę starsza.

Tekstów nie układałem chronologicznie, a w tematycznych, problemowych blokach. Najwięcej wspomnień o przygodach i życiu codziennym redakcji „F” i „NF”, o przemianach fantastyki w PRL i III RP znalazło się w rozdziale SZTAFETY. W rozdziale z KUKUŁKĄ i KONIEM TROJAŃSKIM opisuję różne, nieraz bardzo stare literackie sposoby radzenia sobie ze sobą, z historią, ze światem przy pomocy języka wyobraźni; tamże „Język pierwszy” tytułowy i programowy tekst książki. Rozdział FANTASTYKA NOWEGO MILLENIUM grupuje szkice traktujące o mediach wizualnych i ich socjologicznej otoczce, a w jakimś sensie instruktarzowy rozdział CZYTAĆ CZY PISAĆ nazwałem nieskromnie „małą Alchemią Słowa dla fantastów”. Zamyka książkę czteroletni przegląd fantastycznych filmowych nowości, KINO POBIERA AKTUALIZACJE 2013-2016; złożyło się nań jakieś 30% moich cotygodniowych recenzji do „Gazety Polskiej”.

Całość dedykuję Państwu i sobie na mijające w tym roku XXXV-lecie „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki”.

Styczeń 2017